czwartek, 19 lipca 2012

Pierwszy


            Murphey leżała na plecach. Ręce miała ułożone wzdłuż ciała, pod kołdrą. Łóżko zdawało się być dziwnie niewygodne, ale za to powierzchnia sufitu była bardzo absorbująca.
            Z tego letargu wyrwało ją pukanie do drzwi. Gdy te się otwarły, w szczelinie ukazała się głowa babci.
            - Wiem że dziś niedziela, ale już dziewiąta, a chyba nie chcesz się spóźnić na mszę?
            Gdy tylko babcia wyszła, dziewczyna wstała. Zastałe stawy niemalże zatrzeszczały, a przed oczami na moment zrobiło się ciemno od gwałtowności tego ruchu. Przejrzała się w lustrze wiszącym na szafie – cienie pod oczami, piegi wszędzie, włącznie z chudymi nogami wystającymi spod rąbka koszuli nocnej… Jest jak zwykle. Po szybkim prysznicu ubrała się bardziej elegancko niż zwykle i zaczesała włosy do tyłu. Śniadanie zjadła z wilczym apetytem – w ogóle nie pasującym do jej wychudzonej sylwetki - a potem udała się do babcinego Mini.
***
            - Fifi St. James, to naprawdę ty! – usłyszała Murphey wysoki głos. Odwróciła się i ujrzała dziewczynę z szerokim uśmiechem na twarzy i… różowymi włosami. Gdyby nie to, że została nazwana „Fifi”, nie domyśliłaby się, kto to.
            - Maggie? – spytała, mrużąc oczy. Również na jej ustach zawitał uśmiech. – Ostatni raz widziałyśmy się kilka dobrych lat temu!
            - No i widzisz, jak się przez ten czas zmieniłyśmy. Jakaś ty chuda! Też bym tak chciała – różowowłosa spojrzała na wąską talię przyjaciółki z dzieciństwa, jej szczupłe ręce i niemalże patykowate nogi. Kości policzkowe i obojczyki wybijały się spod bladej skóry tworząc niewielkie wzniesienia.
            Phee również zlustrowała sylwetkę Maggie Cahill. Dziewczyna miała grubo ponad metr siedemdziesiąt wzrostu i prawdziwie kobiecą sylwetkę – szerokie biodra, biust odpowiedni, nie za duży i nie za mały, delikatnie opaloną skórę, pełne usta i dołeczki w policzkach.
            - To chyba ja powinnam zazdrościć tobie – mruknęła ruda. Przyjaciółka objęła ją ramieniem i zaprowadziła do swoich rodziców, którzy dopiero teraz wyszli z kościoła.
            - Patrzcie kogo tu mam! – powiedziała z dumą, jakby chwaliła się wygraną na loterii fantowej.
            - Murphey! – pani Cahill, po której to córka niewątpliwie odziedziczyła entuzjazm i optymizm przytuliła dziewczynę. Pan Cahill tylko uścisnął jej dłoń.
            - Dzień dobry – przywitała się uprzejmie dziewczyna. – Nie wiedziałam, że wróciliście do Mullingar.
            - Cóż, te sześć lat w Ameryce nie było złe, ale jak to się mówi, wszędzie dobrze ale w domu najlepiej. A ty przyjechałaś tu na wakacje, tak? Jest tam gdzieś twoja mama?
            - Niestety w tym roku nie mogła przyjechać. Nie dali jej urlopu w pracy – skłamała gładko Phee. Pani Cahill wyglądała na szczerze zawiedzioną.
            - No nic. Na nas już czas, jedziemy z Maggie na casting do X-Factor – oznajmiła kobieta. Phee spojrzała z zaskoczeniem na dziewczynę.
            - X-Factor? Serio?
            Maggie wzruszyła ramionami. – Zobaczymy, co z tego będzie. Ale jeszcze zanim pojedziemy, daj mi swój telefon, musimy się jakoś spotkać i nadrobić te lata!
            Dziewczyny wymieniły się numerami i pożegnały uściskiem. Kiedy Cahillowie odeszli w swoją stronę, Murphey odeszła w drugą, do babci która cały czas przyglądała im się z pewnej odległości.
            - Kiedy przyjechali? – spytała dziewczyna, której humor znacznie się poprawił.
            - Jakiś miesiąc temu. Nie chciałam ci mówić przez telefon, wolałam, żeby to była niespodzianka.
            - Dzięki. – Phee ucałowała babcię w policzek.
            Jako że miały dużo czasu tego dnia, postanowiły objechać miasteczko. Catrina włączyła radio, a jako że było całkiem ciepło obie otworzyły okna. Nie jechały w zabójczym tempie, bo Murphey chciała wszystko pooglądać. Ostatni raz była u babci rok wcześniej. Przez ten czas działo się tak dużo, że nie miała kiedy przyjechać.
            Pam, pa-ram, pa-ram-pam-pam-pam, pam, pa-ram pa-ram-pam-pam – z radia dobywało się brzdękanie na gitarze, po czym wszedł wokal.
            - Nie! – Phee jak oparzona rzuciła się, by zmienić stację. Już miała dość tej piosenki, miała dość tych chłopaków. I co to w ogóle za tekst? You don’t know you’re beautiful? Przecież dziewczyny które są piękne o tym wiedzą i to wykorzystują. Te, które nie są ładne też o tym wiedzą i siedzą cicho.
            - Czemu aż tak ich nie lubisz? – spytała Catrina.
            - Bo mnie wkurzają. Wszystkie ich piosenki są o miłości, a do tego nie oni je piszą, tylko specjalnie zatrudnieni do tego ludzie. I co chwilę się pojawiają w telewizji, i tylko dziękują swoim fanom. To już się robi nudne.
            - Wiesz że ponoć chcą przyjechać do Irlandii? – postanowiła zaryzykować kobieta. Murphey spojrzała na nią z niedowierzaniem. Ta pokiwała tylko głową.
            - Na całe szczęście szansa, że gdzieś ich spotkam jest mniejsza niż na to, że w czasie najbliższej burzy trafi mnie piorun.
            Gdyby tylko Murphey mogła znać przyszłość…
***
            - POBUDKA! – czterech chłopaków wrzasnęło na raz. Zayn Malik tylko przewrócił się na brzuch, wtulając twarz w poduszkę. Po chwili jednak jęknął z bólu – ktoś właśnie stanął mu na plecach.
            - Wssstawaj… – usłyszał szept Louisa tuż przy swoim uchu i odrzucił głowę w bok. Kiedy poczuł że Lou schodzi z niego, wreszcie podniósł się z łóżka.
            - Najwyższy czas!
            Cała reszta zespołu była już ubrana i gotowa do wyjścia.
            - O matko, zupełnie zapomniałem! – krzyknął mulat i potykając się o własne nogi poleciał do łazienki. Chłopcy usiedli na jego materacu, by poczekać na przyjaciela. Harry bawił się kamerą cyfrową firmy Panasonic, która wyglądała prawie jak pistolet - tyle że pomarańczowy. Tego dnia mieli w planach obejrzeć Mullingar i nakręcić video pamiętnik. Wiedzieli, że fanki to uwielbiają – a oni sami też lubili wygłupiać się przed obiektywem.
            Kochali swoje fanki, choć czasem śmieszyło ich to, do czego są w stanie się posunąć. Ale to one ładowały ich pozytywną energią – oczywiście, jeśli nie robiły nic naprawdę dziwnego.
            Tym razem nie chcieli być rozpoznani. Ubrali się zupełnie inaczej niż zwykle, założyli ciemne okulary i kapelusze, mając nadzieję, że nikt nie zwróci na nich uwagi. Liam przykleił sobie sztuczne wąsy, które wyglądały naprawdę realistycznie, Louis nie golił się od kilku dni, Niall założył arafatkę.
            Kiedy Zayn wreszcie się przygotował, w dobrych humorach wyruszyli na podbój miasta.

            - A to jest warzywniak pani Cross – oznajmił Niall stając przed drzwiami sklepu.
            - Warzywniak?! Tak blisko?! – niemalże krzyczał Lou. – Czyli tutaj będę mógł się zaopatrywać w marchewki!
            - Najpierw zgłoś tej całej pani Cross, żeby zaczęła zamawiać dwa razy więcej marchwi niż zwykle, bo jak raz wejdziesz do tego sklepu to połowa okolicy ich już nie dostanie – zauważył Liam. Wszyscy roześmiali się pogodnie.

            - Nigdy nie myślałem, że Irlandia jest taka fajna- powiedział Harry gdy wieczorem wrócili do domu Nialla.
            - Jak mogłeś? – Blondyn rzucił w niego poduszką leżącą na brzegu kanapy. Zmęczeni zalegli przed telewizorem i oglądali jakąś meksykańską telenowelę. Oczywiście, ich kamuflaż się nie sprawdził, ale Directionerki nie piszczały i nie chciały ich udusić ze szczęścia. Nie było źle.
            - O której otwierają ten sklep? – spytał Louis.
            - Szósta – jęknął leżący na podłodze pod kanapą Hazza, gdyż Niall zrobił sobie z niego podnóżek.
            - Okej, spróbuję was nie obudzić jak będę wychodził.
            - Ty to tak na serio? – zdziwił się Zayn. Lou wzruszył ramionami. Lubił sobie pospać, ale nie tak jak przyjaciel: kiedy miał wstać wcześniej, wstawał. Nie miał z tym problemu. A poza tym ze zgrozą zauważył, że w lodówce Horanów nie ma marchwi.
            - Dobra, nie wiem jak wy, ale ja idę spać – oznajmił Liam, podnosząc się z fotela.
            - Jest dopiero jedenasta!
            - Chyba już.
            W końcu wszyscy chłopcy stwierdzili, że czas spać. Każdy rozmyślał o minionym dniu. Niall jeszcze szybko zmontował filmik, by móc go rano wrzucić na Youtube. Na Twitterze napisał „Goodnight Eire”  i z westchnieniem położył się do swojego własnego łóżka.
            A choćby nie wiem jak starał się zasnąć, znów nic z tego nie wyszło.
***
            Budzik zadzwonił, oznajmiając Murphey, że czas już wstać z łóżka – w końcu to pierwszy dzień jej nowej pracy.  Niemal bezwiednie wstała i poszła do łazienki, po czym zeszła na dół do kuchni. Babcia jeszcze spała. Dziewczyna przyrządziła sobie kanapkę i wyszła z domu, jedząc ją.
            Do sklepu dotarła piętnaście minut przed szóstą. Drzwi otworzyła kluczami, które dostała od pani Cross, znajdując się w niedużym, pełnym pomieszczeniu. W środku było jedynie przejście do lady, a po bokach znajdowały się półki i kosze, jeszcze puste. Phee zdążyła tylko zanieść płaszcz i torbę na zaplecze, kiedy w drzwiach pojawiła się sylwetka mężczyzny w średnim wieku.
            - Ja z dostawą – powiedział. Dziewczyna przeprosiła do na chwilę i ubrała przepisowy fartuszek, po czym pomogła mu wnieść: to worek z ogórkami, to kilka koszyków z truskawkami. Przy okazji dowiedziała się, że człowiek ten to Matt Bowman i to on zawsze dostarcza towary pani Cross. Okazał się bardzo miłym człowiekiem; Murphey od razu poczuła do niego sympatię.
            Kiedy Matt odjechał, była już punkt szósta. Phee wygodnie usiadła na krześle stojącym pod ścianą i otworzyła książkę, którą ze sobą przyniosła – Numery. Mimo, że rzeczywistość w powieści była okrutna, nadawało to jednak brutalnego realizmu.
            Dzwoneczek nad drzwiami zabrzęczał, a dziewczyna podniosła głowę. Do sklepu ciekawie wszedł jakiś chłopak: dość wysoki, przeciętnej urody. Kogoś jej przypominał, ale nie mogła skojarzyć, kogo. Phee stanęła za ladą.
            - Można w czymś pomóc? – spytała z uprzejmym uśmiechem, tak jak została poinstruowana.
            - Właściwie tak – powiedział chłopak z brytyjskim akcentem, co odkryła z zaskoczeniem. – Czy jest możliwość wykupienia prenumeraty na marchew?
            - Słucham? – zareagowała dopiero po chwili. Prenumerata na marchew?
            - Czy to ty jesteś panią Cross? – odpowiedział pytaniem.
            - Obawiam się, że nie.
            - A mogłabyś coś dla mnie załatwić? Proszę?
            - Ja… Jasne – zająknęła się. Pierwszy dzień w pracy, a ona już spotyka się z ludzkimi dziwactwami.
            - Powiedz właścicielce, żeby skontaktowała się ze mną… - wyciągnął z kieszeni chusteczkę i już miał na niej napisać swój numer, kiedy dziewczyna go powstrzymała.
            - Pani Cross przychodzi tutaj o dwunastej, nie ma potrzeby.
            - Och… To świetnie. A teraz wziąłbym z kilo tych marchewek. – Chłopak uśmiechnął się. Murphey wrzuciła marchew do worka i postawiła na wadze – wyszło nieco mniej niż dwa kilo.
            - Nie, nie odkładaj ich! Już się do nich przywiązałem! – krzyknął. – Wezmę tyle, ile jest.
            Dziewczyna starała się, by jej spojrzenie nie wyrażało skrajnego zdziwienia. Brunet zapłacił należność i skierował się do drzwi.
            - Wiesz co? Lubię twój kolor włosów – powiedział i wyszedł, a ją nagle olśniło: to był Louis Tomlinson.
            Louis Tomlinson z One Direction.

7 komentarzy:

  1. Podoba mi się. Nie spotkałam się jeszcze z opowiadaniem, którego akcja działaby się w Irlandii. Było kilka, gdzie bohaterowie przez jakiś czas, tam pomieszkiwali, ale nigdy nie zatrzymywali się tam na dłużej. Podoba mi się pomysł z warzywniakiem i marchewkami, dla Louis'a. :D
    (dałoby się wyłączyć kod, przy publikacji komentarza?)

    OdpowiedzUsuń
  2. [spam]
    Witaj!
    Ostatnio powstał całkiem nowy katalog opowiadań, więc jeśli jesteś zainteresowana, to zapraszam na
    katalogowo.blogspot.com :)

    Jeśli komentarz reklamujący w jakiś sposób Ci przeszkadza lub jest dla Ciebie obraźliwy, to przepraszam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Przystojny blondyn o dość bujnej czuprynie ospale usiadł przy stoliku w niewielkiej kawiarence. Zamówił espresso i rozpoczął poszukiwania ulubionego notatnika. Grzebiąc po kieszeniach, niechybnie zauważył wielką, atramentową plamę na prawej dłoni.
    — Czas powitać postęp technologiczny — westchnął, sięgając do plecaka.
    Laptop zajął honorowe miejsce tuż obok kawy i niewielkiego wazonika. Mężczyzna strzelił kostkami, a następnie uruchomił maszynę.
    Na terenie kawiarenki dostępny był bezprzewodowy Internet, który tylko rozochocił wyposzczonego blondyna. Rozejrzał się po lokalu, upewniając, że nikt nie patrzy. Zachichotał i kliknął na zakładkę z ulubioną kreskówką. Niestety, kolega, z którym dzielił pokój w akademiku, okazał się naprawdę paskudnym informatykiem.
    Laptop zaczął szaleć — najpierw włączyła się strona Nyan cat, potem „Pan Trolololo”, aż na ekranie pojawiła się strona główna jakiegoś forum.
    Czerwony na twarzy blondyn niepewnie spoglądał na ekran, błądząc palcem po padzie.
    — Forum literackie Nasza Pisarnia — przeczytał.
    Zjechał kursorem w dół. Przeczytał kilka tematów w Obsłudze pióra, potem zerknął na opowieści użytkowników w Prozie i wiersze w Poezji. Uśmiech momentalnie rozkwitł na jego twarzy.
    Zarejestrował się niemal od razu. Przeczytał regulamin, założył wątek powitalny w Plakietkach z nazwiskiem i ruszył na podbój tematów.
    Kawa wystygła, na zewnątrz zrobiło się ciemno, a dwaj wykładowcy z pewnością odnotowali kolejne nieobecności przy jego nazwisku. Młody student ocknął się z formowego szału dopiero wtedy, gdy laptop, mimo porządnej, litowo-jonowej baterii, odmówił posłuszeństwa. Zapisał więc na kartce „www.NaszaPisarnia.ugu.pl” i, przeklinając, że zapomniał dodać odpowiedniej zakładki, wsadził ją do kieszeni spodni. Zerknął na zegarek, który nieco go otrzeźwił, by po chwili wybiec z kawiarni — miał nadzieję, że zdąży na ostatni wykład…

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny! Już mi się podoba twoje opowiadanie. Dodaję do obserwujących (;

    OdpowiedzUsuń
  5. Hahah. :) Jak zaloguję się na google to dodam się do obserwatorów. Nic dodać nic ująć, po prostu bosko piszesz. ;**

    OdpowiedzUsuń
  6. Świetne <3 zakochałam się!
    Czytając to mam wrażenie, że rzeczywiście się wydarzyło.
    Cudowny rozdział, a tekst "Prenumerata na marchew" będzie za mną chodził przez kilka kolejnych dni :)
    Liczę, że Phee polubi się z Lou.
    Oczywiście zapraszam Cię do mnie: somewhere-nice-to-die.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  7. świetny rozwaliłaś mnie "prenumerata na marchweki"
    zakochałam się już od pierwszego słowa

    OdpowiedzUsuń