sobota, 4 sierpnia 2012

Drugi


            Brunet postawił torbę z marchewkami na ziemi i otworzył drzwi do domu przyjaciela. Wszyscy jeszcze spali, ale nic sobie z tego nie robił: Horanowie wyjechali na wakacje na Maderę, więc byli tutaj tylko w piątkę.
            Schował marchew do lodówki, wyjmując sobie tylko jedną, i chrupiąc ją położył się na kanapie. Z kieszeni wyciągnął telefon i szybko wystukał sms do swojej dziewczyny, Eleanor.
            Dzień dobry!
            Odpowiedź przyszła po kilku minutach.
            Jesteś okrutny.
            Wcale że nie.
            Obudziłeś mnie o szóstej! W wakacje!
            O szóstej dwadzieścia trzy.
            To nie zmienia faktu, że mogłam spać jeszcze trzy godziny.
            Przekomarzali się jeszcze jakiś czas, kiedy Lou ze zdumieniem stwierdził, że jest już siódma, a nikt jeszcze nie wstał; postanowił więc ich obudzić. W salonie stała stara gitara Nialla, na której ten zawiesił na chwilę wzrok. Po przemyśleniu wszystkich „za” („przeciw” nie było) wziął ją i na wszelki wypadek  poprzekręcał jeszcze kołki w różne strony, żeby była kompletnie rozstrojona.
            Chłopcy spali w dwóch pokojach: w gościnnym Harry, Lou i Liam, a w pokoju Irlandczyka on i Zayn. Louis postanowił najpierw iść do Hazzy, który był zdecydowanie łatwiejszym celem niż Zayn.
            Zakradł się między śpiących razem na podwójnym łóżku przyjaciół i uderzył palcami w struny, które wydały przeraźliwy, fałszywy akord.
            - Aaa! – krzyknął Liam podnosząc się od razu. Kołdra zsunęła się z niego, ukazując nagą klatkę piersiową i stare dresy. Loczek tylko otworzył oczy i gwałtownie zaczerpnął oddech.
            - Bry – wyszczerzył się Lou. Harry rzucił się na niego z pięściami, na co on odpowiedział tym samym. Zaczęli się szarpać, w efekcie czego gitara wypadła z rąk chłopaka i spadła na ziemię, wydając bardzo nieprzyjemny dźwięk. Tomlinson puścił włosy przyjaciela, a ten rozluźnił uścisk na jego szyi. We trójkę wraz z Liamem patrzyli tylko na instrument, z którym na pewno nie było wszystko w porządku. Wkrótce do pokoju wbiegli też Niall i, ku powszechnemu zdumieniu, Zayn.
            - To się nazywa budzenie – wymamrotał Louis. Obserwował jak blondyn podchodzi do gitary i bierze ją na ręce niczym ranne zwierzątko. Miała pęknięty gryf i uszczerbiony brzeg dziury w pudle rezonansowym.
            - Ty… - popatrzył ze zmrużonymi oczami na Tommo, po czym przeniósł wzrok na Hazzę. – Wy…
            Przerażone twarze chłopców mówiły same za siebie.
            - Nie daruję! – krzyknął i wybiegł z pokoju. Wszyscy spojrzeli po sobie: Niallerowi odbiło. Znowu.

***

            Murphey z ulgą przywitała panią Cross i zeszła na zaplecze. Odwiesiła swój fartuszek i wzięła stamtąd torebkę.
            - I jak tam? – spytała kobieta, sprawdzając stan kasy. – Dużo klientów?
            - Raczej nie – przyznała dziewczyna. Pomimo, że było ich niewielu, byli to ludzie specyficzni, każdy zupełnie inny. Chociaż może tylko ona to mogła zauważyć? Już tak dawno nie przebywała wśród ludzi, że się od nich odzwyczaiła, a teraz spoglądając na kogokolwiek ocenia go jak zupełnie nowy gatunek.
            - A jak ci się pracowało? – Kobieta uśmiechnęła się ciepło.
            - Całkiem dobrze. – Phee przypomniała sobie śmiesznego staruszka który zwracał się do niej „panienko”, trzydziestoparoletnią matkę z dwójką małych dzieci które chciały, by ta koniecznie kupiła kalarepę, „bo się tak śmiesznie nazywa”, no i oczywiście Louisa Tomlinsona kupującego zapas marchwi który starczyłby mu na tydzień. Niechętnie musiała przyznać, że początkowo zrobił na niej dość dobre wrażenie: przyjazny, zabawny chłopak; kiedy jednak go rozpoznała, stracił w jej oczach. Czuła się przez to bardzo dziwnie, mając poczucie winy i czując jakąś niby-nienawiść na raz.
            - Skoro wszystko dobrze, to cię tu nie trzymam. Możesz już lecieć – wygoniła ją pani Cross. Murphey wyszła z uśmiechem i w drodze do domu włączyła telefon. Po chwili wyświetliło się powiadomienie: „Nieodebrane połączenia: 4”, a zaraz potem pojawił się sms sprzed kilkunastu minut.
            „Straciłam cierpliwość. Zadzwoń. TERAZ”
            Autorką była oczywiście Maggie, której polecenie ruda niezwłocznie wykonała. Przyjaciółka, jak można się domyślić, odebrała już po pierwszym sygnale.
            - Nareszcie – jęknęła na powitanie. – Coś ty robiła przez ten cały czas? Siedziała w jaskini i malowała krwią dzikie zwierzęta?
            Phee stłumiła śmiech. Tak dawno nie widziała się z Maggie, że prawie zapomniała, jaka ona jest. Kiedyś w sumie one obie takie były, ale minęło sześć lat. Jedna nabawiła się paskudnego amerykańskiego akcentu i różowych włosów, a druga wycofała się ze społeczeństwa. Stwierdziła jednak, że chyba ma w sobie nadal tą samą „Fifi”, co kiedyś, więc może nie jest za późno, żeby jeszcze wrócić do starego porządku rzeczy?
            - Pracowałam, musiałam wyłączyć telefon. Co jest tak ważne, że chciałaś natychmiast porozmawiać?
            - Muszę po prostu z tobą porozmawiać.
            Murphey uderzyła dłonią czoło, płosząc tym donośnym klaśnięciem wróble siedzące na pobliskim ogrodzeniu.
            - Super. O co chodzi?
            - Nie, musimy pogadać. Tak w cztery oczy, wiesz.
            Ruda westchnęła i zastanowiła się chwilę. Nie miała w planach takiego czegoś. Przyjechała do Mullingar jak zwykle w wakacje, lecz ten wyjazd miał być czymś w rodzaju rehabilitacji… Rehabilitacji jej umysłu. Choć skoro praca w sklepie, czyli kontakt z ludźmi, miała być jednym z „punktów programu”, zwykłe babskie pogaduchy są tym, co jest najlepsze dla jej psychiki?
            - Jasne, czemu nie.
            - Przyjdę do ciebie za kwadrans. Pasuje?
            - Kwadrans? Ale… - nie dokończyła zdania, bo Maggie się rozłączyła. „No co za…” – pomyślała. Akurat była już przy furtce, więc pospiesznie weszła do domu. Babcia była w pracy, oprowadzając wycieczki w muzeum, więc Phee była sama. Zrobiła sobie jakąś kanapkę i usiadła na łóżku w swoim pokoju.
            Z jednej strony samotność jest dobra, bo nikt nie przeszkadza ci w twoich rozterkach. Jednak przy ludziach możesz o nich zapomnieć i cieszyć się chwilą…
            Na biurku stało zdjęcie oprawione w ramkę w kształcie bramki piłkarskiej. Przedstawiało ono młodszą o kilka lat Phee, jej równie rudą i piegowatą mamę oraz babcię i dziadka, który mimo że posiwiał i pomarszczył się, i tak wyglądał na piegowatego rudzielca. Sean St. James zmarł niewiele później, nagle, na zawał serca. Nikt nie wiedział, co było tego przyczyną.
            Murphey uśmiechnęła się smutno. „Dla naszej rodziny mężczyźni chyba nie są stworzeni” pomyślała. Swoje nazwisko odziedziczyła po matce, która nie chciała jej zdradzić, kto jest jej ojcem. Wiele razy pytała, a mimo to nigdy nie uzyskała żadnej odpowiedzi. Jedyne, co udało jej się wydusić z babci było to, że był to przyjaciel mamy z liceum. I tyle. Phee przypuszczała, że jest dzieckiem z wpadki, ale nigdy nie miała pretensji do matki: miała przecież odwagę, by sama ją wychować.
            Dzwonek do drzwi wyrwał ją z melancholii. Zaskoczona zauważyła, że jej policzki są wilgotne od łez. Przetarła je szybko rękawem bluzy i zeszła by otworzyć przyjaciółce. Ledwo zobaczyła ją za progiem, ta rzuciła się na nią.
            - Dostałam się do X-Factor! – krzyknęła, miażdżąc Phee w objęciach.
            - To genialnie – wydusiła z siebie ruda, kiedy przyjaciółka ją puściła. – Co im zaśpiewałaś? – spytała i wskazała ręką, że ma iść do salonu.
            - Find a way to my heart Phila Collinsa – odparła Maggie siadając na kanapie.
            - Klasyka. Pamiętasz, jak kochałyśmy kiedyś Phila?
            - A jakże. – Różowowłosa zachichotała. – Znałyśmy wszystkie jego piosenki na pamięć.
            Murphey uśmiechnęła się na to wspomnienie. Siedziały w namiocie na podwórku Maggie, otulone śpiworami i śpiewały do wtóru swojemu idolowi.
            - A jak zareagowali jurorzy?
            - Ogólnie im się spodobało, tylko Simon Cowell miał jakieś wąty i jako jedyny powiedział „nie”.
            - Jego to trudno zadowolić – westchnęła Phee, przypominając sobie poprzednie edycje. Bywało, że w jednym mieście „tak” powiedział tylko dwa czy trzy razy.
            Rozmowy dziewczyn zeszły na inne tematy, jak wspomnienia z dzieciństwa i wspólnych wakacji. Przypominały sobie, jak kiedyś były nad morzem i choć Maggie nie umiała pływać, Murphey wyciągnęła ją na głęboką wodę, gdzie ta prawie się utopiła. Albo też śmiały się z tego, jak Phee na szkolnym festynie w pierwszej klasie potknęła się o jakiś kabel wpadła na stoisko z ciastami.
            Wreszcie, chcąc nie chcąc wszystko zeszło na chłopaków.
            - No, to ilu przystojnych Dublińczyków pobiło się o ciebie ostatnio? – spytała Maggie.
            - Hm, policzmy… - Murphey udawała, że liczy coś zapamiętale na palcach. – Wychodzi mi, że… zero.
            - Serio? – druga dziewczyna była szczerze zdziwiona. Phee wzruszyła ramionami.
            - Po prostu jeszcze nie spotkałam swojego księcia na białym koniu. A co z tobą? – szybko skierowała rozmowę na osobę przyjaciółki.
            - Miałam w Bostonie chłopaka, grał w szkolnej drużynie baseballa. Wiesz, ten z typu wysokich, muskularnych blondynów. – Twarz Maggie wyrażała jakąś tęsknotę i rozmarzenie zarazem. – Niestety musieliśmy się rozstać z Adamem kiedy okazało się, że wracam do Irlandii…
            - Nie chcieliście spróbować związku na odległość? – zasugerowała nieśmiało ruda. Maggie spojrzała na nią jak na idiotkę.
            - Żarty sobie robisz? Wiem, że oboje będziemy jeszcze przez jakiś czas tęsknić (no, a przynajmniej ja, nie wiem jak on) ale to nie był związek taki, z którego byłby ślub i dzieci. Nie jesteśmy zaślepieni, wiedzieliśmy, że pewnego dnia to się skończy. No i skończyło się, nie ma o czym gadać.
            Phee pokiwała tylko głową.
            - Ale wiesz co? – spytała retorycznie różowowłosa. – W sumie to ja mam teraz pięciu chłopaków – ogłosiła z satysfakcją. Murphey uniosła brwi do góry. – Tak. I nazywają się One Direction.
            Dziewczyna westchnęła głośno i uniosła oczy ku niebu.
            - Co, nie podoba ci się coś? – spytała zadziornie Maggie.
            - Nic… A właściwie wszystko. – Phee obserwowała emocje zmieniające się na twarzy przyjaciółki. Szok, Niedowierzanie. Złość?
            - Nie mów mi, że nie lubisz 1D – powiedziała zimno.
            - Nie powiem. Ja… po prostu ich nie toleruję – odparła ruda.
            Maggie popatrzyła na Murphey, jakby ta co najmniej kogoś zamordowała. Zacisnęła mocno szczękę i wstała, zarzucając sobie torbę na ramię. Nie spojrzawszy nawet na dziewczynę wyszła z jej domu, głośno trzaskając drzwiami.
            Phee dopiero po chwili zorientowała się, że przyjaciółka obraziła się na nią za to, że nie słucha One Direction. Wbrew sobie wybuchła niepochamowanym śmiechem.

7 komentarzy:

  1. do nałki sie weś a nie seksy ci w głowie z jkims łan dyrekcjonę
    poza tym marhewki sie sadzi a nie stawia na ziemi hyba nie masz mósku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga Maryno,
      niestety nie wiem co to 'nałka', ale za to ty powinnaś się wziąć do nauki - szczególnie ortografii polskiej. Może ci się przydać w przyszłości.
      A poza tym masz rację - nie mam mósku. Ja posiadam mózg - w przeciwieństwie chyba do Ciebie.

      Usuń
  2. Marchewki sie kupuie w kauflandach bo tam sa promocjie

    OdpowiedzUsuń
  3. "Pomyślałem, że gdybym był na jego miejscu, właśnie tego bym teraz potrzebował – nie słów pocieszenia, czy zapewnienia, że ona na mnie nie zasługiwała. Raczej po prostu kogoś, kto będzie przy mnie i nie pozwoli mi zwariować z bólu. Chciałem wtedy być kimś takim dla Harry’ego i starałem się kimś takim być."
    http://our-month.blogspot.com/
    Zapraszam na Chapter One opowiadania :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny blog, ciekawie się zapowiada. Zabieram się do dalszego czytania! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Trochę mi smutno, że Maggie obraziła się na Phee tylko za to, że tamta nie lubi One Direction.
    Poza tym rozdział świetny :)

    OdpowiedzUsuń